sobota, 21 lutego 2015

Sześć.

Zakładam przez głowę bluzę Fanniego i rzucam ostatnie spojrzenie na swoje odbicie w lustrze. Sięgam po szczotkę leżącą w koszyku na półce i kilkoma szybkimi ruchami przeczesuje włosy. Odruchowo zaraz po czesaniu spoglądam na szczotkę i zamieram. Cała zapełniona jest długimi blond włosami. Próbuję sobie przypomnieć czy wczoraj ją wyczyściłam, ale jestem prawie pewna, że to zrobiłam. Niechętnie podnoszę dłoń do góry i przeczesuje palcami włosy. Między palcami pozostaje mi mnóstwo pojedynczych włosów.
-Fanni.... - krzyczę łamiącym głosem i czuję, że do oczu zaczynają mi napływać łzy.
Po chwili drzwi od łazienki się uchylają i pomiędzy nimi, a framugą pojawia się zaczerwieniona od mrozu twarz Andersa.
-Co się stało? - pyta, zauważając moje przerażenie w oczach.
Nic nie mówiąc wyciągam ku niemu dłoń i pokazuję co w niej trzymam.
-Włosy? - dziwi się.
-Włosy. Moje włosy. Z głowy. Zaczynają wypadać...
-Diana, to tylko włosy – Fanni wchodzi do łazienki i przyciąga do siebie. - Odrosną...
-Nie rozumiesz – burczę odpychając go od siebie.
-Masz rację. Nie rozumiem. Jak dla mnie możesz być nawet łysa. I co? Bardziej mnie martwi, że chudniesz, niż to że wypadło ci kilka włosów.
-Kilka włosów... – prycham niezadowolona i wychodzę z łazienki wycierając łzy w rękaw od bluzy.
-Spójrz w lustro i zobaczy czy widzisz brak tych kilku włosów czy nie – krzyczy za mną Anders. - A zaraz potem podnieś bluzę i zobacz czy widzisz, że ci żebra wystają czy nie. I skończ histeryzować.
Odwracam się i rzucam mu oburzone spojrzenie. Jest spokojny. Nad wyraz spokojny. Otwieram usta, żeby mu odpowiedzieć, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
-No co? - pyta prowokacyjnie. - Co chciałaś powiedzieć?
-Nic – mruczę i idę do kuchni zaparzyć sobie kawę.
-Koniec pierdolenia Diana – słyszę jego głos z korytarza i po chwili pojawia się w drzwiach. - Jeśli wymagasz ode mnie żebym był twardy, to ja będę wymagał od ciebie tego samego. Są rzeczy ważne i ważniejsze i czas najwyższy mój drogi dzieciaczku, żebyś się nauczyła je rozróżniać.
-Nie jestem dzieckiem – szepczę, rzucając mu spojrzenie spode łba.
-A to co właśnie było? - prycha. - Nie jestem dzieckiem – parodiuje mnie przybierając taką samą pozę jak ja chwilę wcześniej. Wzdycham głęboko robiąc niezadowoloną minę. - Kocham cię ponad wszystko, ale momentami mnie najzwyczajniej w świecie rozpierdalasz Diana. Nie rozwalasz, nie przerażasz. Najzwyczajniej w świecie rozpierdalasz. Odwadniasz się, ale twoim głównym zmartwieniem jest to, że ci włosy wypadają. Vegardowi byś gwiazdkę z nieba dała, ale o siebie to już nie łaska zadbać.
-Nie mieszaj w to Vegarda – rzucam ostrzegawczo.
-Nie mieszam. Przynajmniej nie w negatywnym sensie. Uwielbiam tego małego, ale ważniejsza dla mnie jesteś ty. Więc bądź tak dobra i posłuchaj tych wszystkich złotych rad, które dajesz Vegardowi, ok?
Przewracam oczami. Fanni wzdycha głęboko i podchodzi do mnie. Wyciąga mi z ręki kubek z kawą i odstawia na blat, żeby zaraz potem objąć mnie na wysokości bioder.
-Ok? - ponawia pytanie.
-Ok.
-Mądra dziewczynka – daje mi buziaka w czoło i rozluźnia uścisk. - A jak masz zamiar pić tyle kawy to weź magnez. I nie przewracaj oczami, bo ci kiedyś zostanie taka głupia mina.


Podjeżdżamy z Fannim pod halę treningową w Lillehammer. Na parkingu jest już mnóstwo samochodów, co oznacza że zawodnicy są już na treningu. My mieliśmy się na nim pojawić tylko ze względu na Vegarda, który zgodnie z obietnicą Andersa został zabrany przez Alexa na obóz treningowy. Wysiadamy z samochodu i szybkim krokiem przechodzimy do budynku. Z daleka słychać śmiech Toma i głos Rune, który próbując przekrzyczeć rżącego Hilde przekazuje jakieś informacje. Po chwili sprawa się wyjaśnia. Po wejściu na salę zauważamy Stjernena leżącego pomiędzy dwoma zjazdami imitującymi rozbieg. Tom z kolei leży na materacu i kwicząc w niebogłosy zagłusza Veltę, który tłumaczy Vegardowi, że nie należy brać przykładu z Andreasa.
-Diana! - Vegard zauważa nas i zrywa się z materaca, żeby nas uściskać.
Nachylam się do niego i kiedy już mam go w swoich ramionach podnoszę wysoko do góry.
-Ciężki zawodnik się z ciebie zrobił – prycham poprawiając ręce, żeby pewniej go trzymać.
-Albo ty masz coraz mniej siły – rzuca niewinnie Fanni i odchodzi, żeby przywitać się z kolegami.
-Nie chudnę już – odpowiada mi z dumą Vegard. - Od tygodnia moja waga stoi w miejscu.
-Widzisz, jak dobrze! - uśmiecham się i odstawiam na ziemię.
Przez chwilę łapię się na tym, że analizuję czy Anders nie miał czasem racji. Może rzeczywiście mam coraz mniej siły, skoro Vegard twierdzi, że nie przytył?
-Co tu się stało? - wskazuję na Stjernena, żeby szybko zmienić temat.
-Andreas stracił równowagę w czasie zjazdu i przejechał czołem po ziemi – śmieje się Bardal. - A tak się wyrywał, że on pokaże Vegardowi jak ma to zrobić. Bo mały miał ćwiczyć z Horlem imitacje skoków – wyjaśnia mi po chwili. - W związku z czym Rune poczuł się w obowiązku, żeby wyjaśnić Vegowi, że Stjernen tak naprawdę gówno wie.
-Chodź młody, ja ci to pokaże – rzuca Fanni i zdejmuje bluzę. - Ty Stjernen też rzuć okiem – prycha śmiechem i po drodze na prowizoryczny rozbieg przybija Tomowi piątkę.
Wchodzi na górę i cały czas trzymając się uchwytów przy ścianie ustawia stopy na czymś co wygląda jak malutkie deskorolki. W pełnym skupieniu puszcza uchwyty i zaczyna zjeżdżać w dół niczym po prawdziwym rozbiegu. W odpowiednim momencie wybija się i ląduje na wyciągniętych w górę rękach Horla.
-Prościzna – kwituje Anders, a Vegard z dzikim entuzjazmem ładuje się na górę. - Poczekaj chwilę. Eeeej, lotnik! Sekunda!
Podbiega z jednej strony do chłopca, a z drugiej strony zjawia się Rune.
-Trzymaj się mocno – mruczy Velta podając Vegowi uchwyt ze ściany. Razem z Fannim ustawiają mu odpowiednio stopy na podestach. - Stoisz pewnie? - pyta Rune ostrożnie puszczając chłopca.
-Wydaje mi się, że tak – odpowiada mały.
-Nie martw się, najwyżej cię złapiemy, nie damy ci skończyć jak Stjernenowi – śmieje się Anders. - Puszczaj się!
Vegard wyciąga rączki z uchwytów i zaczyna zjeżdżać, ale po chwili prawa noga wyjeżdża mu trochę przed lewą i chłopiec wpada prosto w uścisk Velty.
-Pierwsze koty za płoty – uśmiecha się Rune. - Musisz pilnować nóg, żeby jechały w jednej linii. Ładuj się na górę.
-Mogę jeszcze raz? - pyta z nadzieją Vegard.
-Będziesz próbował tak długo, aż ci się uda – oznajmia Stoeckl ojcowskim tonem. - Masz cztery dni, żeby mnie przekonać, że warto na ciebie postawić!
-Może trener zabierze cię nawet na mistrzostwa świata... - rzuca śpiewnym tonem Tom, ale po chwili się uspokaja pod chłodnym spojrzeniem Alexa.
-Może nawet. Wezmę go na twoje miejsce, bo skaczesz ostatnio jak siedem nieszczęść.
-Jeden zawodnik, a jak za siedmiu! - wykrzykuje Hilde. - Widział trener jakie szczęście...
Zauważa jednak wzrok Stoeckla i rusza w kierunku lin do ćwiczenia równowagi. W tym czasie Vegard zdążył się wdrapać z powrotem na górę, a Rune i Fanni po raz kolejny ustawili mu stopy na podestach. Horl przykucnął przy końcu rozbiegu i w końcu chłopiec ruszył. Najwyraźniej wziął sobie do serca uwagę Velty, bo tym razem nie było żadnego problemu z nogami. Problem pojawił się dopiero na końcu, bo chłopiec zapomniał się wybić i wjechał prosto w Thomasa.
Na sali zapadła cisza, bo wszyscy wstrzymali oddech żeby zobaczyć, czy obaj pozbierają się po tej małej kraksie. Vegard przekulał się po materacu w bok, a Horl podniósł do siadu trzymając się za nos, z którego leciała mu krew. W momencie kiedy wszyscy zrozumieli, że nic im się nie stało chłopcy ryknęli śmiechem i zaczęli przybijać Vegowi piątki, gratulując mu załatwienia jednym ciosem z główki ich serwisanta.
-Dajcie mi chwilę, zaraz do was wrócę – mruczy Thomas i wychodzi do łazienki, żeby umyć twarz.
-Przepraszam... - szepcze Vegard i widać po jego minie, że jest przerażony. - Ja się tak skupiłem na tych nogach, że zapomniałem...
-Nikt ci nie ma za złe – przerywa mu Rune. - Właź na górę. Nie ma Thomasa, to ja cię złapię.
Rusza w kierunku końca rozbiegu, a Anders po upewnieniu się, że Vegard jest przygotowany do zjazdu, podchodzi do mnie i obejmuje mnie ramieniem.
-Ruszaj – nakazuje Fanni i chłopiec wyciąga dłonie z uchwytów. Zaczyna zjeżdżać i kiedy jest przy samym końcu mocno się wybija, żeby zaraz potem wylądować na wyprostowanych rękach Velty.
-Brawo! - Stoeckl jest wyraźnie zadowolony i głośno klaszcze w dłonie. - Anders, czy mógłbym cię o coś prosić? - pyta ciszej odwracając się w naszym kierunku.
-Jasne – wzrusza ramionami Fanni.
-Chcę, żebyś przyszedł jutro na skocznie.
-Nie.
-Dlaczego?
-Powiedziałem, że dopóki Diana nie będzie zdrowa...
-Wiem – przerywa mu Alex. - Ale ja naprawdę nie mam na kogo postawić na mistrzostwach. Pewniakami są Rune i Bardal. A ja potrzebuję czterech pewniaków.
-Przecież ja nie trenuje od tygodni – prycha Fanni.
-Więc przyjdź i mi udowodnij, że się nie nadajesz.
Uśmiecham się pod nosem. Stoeckl to mały psycholog; wie jak podejść Andersa żeby osiągnąć to co chce. Po minie Fanniego wiem, że zamierza powiedzieć, że przyjdzie, ale nie jest w stanie tego zrobić, bo drzwi od sali otwierają się z impetem i pojawia się w nich Andreas Vilberg.
-Diana! Miałem nadzieję, że cię tu spotkam! - krzyczy z uśmiechem.
Patrzę na niego zdezorientowana, a w całej sali zapada cisza.
-Właśnie wracam ze szpitala! Znaleźli ci dawcę!
-O mój Boże! - wykrzykuję piskliwym głosem, a w moich oczach momentalnie pojawiają się łzy. - Skąd?
-Z Norwegii.
-Wiesz kto to? - pytam z nadzieją.
-Wiem. Ja.


************

Kochani!
Dzięki Wam T&M i Heinz dostali się do trzeciego etapu konkursu na bloga roku. 
Z całego serca dziękuję każdemu, kto na nich zagłosował, bo to niewyobrażalny komplement dla mnie.
Gdybyście mieli ochotę to tu możecie na nich zagłosować w decydującej fazie :)
Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję!
Ściskam, 
Z.

czwartek, 29 stycznia 2015

Pięć.

Niestety nie znaleziono jeszcze dawcy.
Jeszcze nie znaleziono dawcy.
Powtarzam to sobie od dwóch minut w myślach i staram się przeanalizować co to dokładnie oznacza. A oznacza tyle, że żaden ze skoczków ani ich rodziny nie mogą mnie uratować. Nikt z Niemiec, Austrii, Słowenii czy Polski nie może mnie uratować. Żaden Norweg nie może mnie uratować.
Wychodzimy z Fannim z gabinetu na korytarz. Biorę głęboki oddech żeby się uspokoić, ale nie jestem w stanie zapanować nad łzami, które automatycznie zaczynają spływać po moich policzkach.
-Nie rycz, Mała – mruczy Anders zamykając mnie szczelnie w objęciach swoich ramion. - Nikt się jeszcze nie poddał...
-Ja chyba zaczynam się poddawać – szepczę mu w szyję.
-Diana – gwałtownie mnie od siebie odsuwa. - Musisz wierzyć, że się uda, rozumiesz? Minęło dopiero kilka tygodni.
-Przypominam, że moje życie to na razie umowa na okres określony – rzucam niezadowolona.
-Nawet tak nie mów.
-A czego ty się spodziewałeś?
-Diana, szukanie dawcy czasami trwa latami...
-Ja nie mam tyle czasu!
Zapada między nami głucha cisza. Anders wpatruje się we mnie przerażonym wzrokiem.
-Wiem.
-Przepraszam – mruczę, niedowierzając że mogłam go tak potraktować.
Fanni przez ostatnie tygodnie jest chodzącym ideałem. Zajmuje się domem, wozi mnie do szpitala i robi wszystko o co go tylko poproszę. A ja tak po prostu przy pierwszej chwili słabości się na nim wyładowuję.
-Przepraszam – powtarzam przytulając się do niego. - Nie powinnam. Ale ja się tak strasznie boję.
-Ty się boisz? - pyta Anders. - Ja tracąc ciebie, stracę wszystko co mam.

-Jako prezes fundacji Marzenie Diany... Widziałem, że przewróciłaś oczami!
Rzucam Tomowi rozbawione spojrzenie.
-Nie mogę sobie przypomnieć kiedy mianowałam cię prezesem – prycham śmiechem.
-Ty nie możesz być prezesem, bo jesteś główną zainteresowaną – oznajmia, co kwituję wysoko uniesionymi brwiami. - Tak, takie jest prawo, które zresztą sam ustaliłem. A obecni tu moi koledzy nie są nawet w połowie tak popularni i lubiani jak ja, a przecież prezesem nie może być ktoś o wątpliwej reputacji.
Rozbawiona kręcę głową, ale pozostali skoczkowie zdają się nawet nie zwracać uwagi na przytyki ze strony Toma.
-Kontynuując... Na czym to ja stanąłem? Ah tak! Jako prezes fundacji Marzenie Diany mam zaszczyt oznajmić, że nasza akcja zatacza coraz szersze kręgi!
-To znaczy? - pyta Jacobsen.
-Używając mojego niesamowitego uroku osobistego znalazłem dwóch nowych ambasadorów.
-Ty i twoje alter ego? - pytam uprzejmie.
-Chciałabyś – prycha Tom udając zażenowanie. - Nie! Opuszczamy Europę! Daiki Ito będzie ci szukał dawcy w Japonii, a piękna Sarah Hendrickson przeczesze Stany Zjednoczone w poszukiwaniu ratunku dla ciebie.
-W końcu znalazłeś sposób, żeby do niej zagadać – mruczy ironicznie Bardal. Rzucam mu rozbawione spojrzenie, a on mruga do mnie łobuzersko. - Jeśli kiedyś się zejdą, to będziesz matką chrzestną ich związku.
-Bardal, mógłbyś? - ucisza go Tom.
Chłopak chyba naprawdę wczuł się w rolę prezesa. Lada moment zacznie przychodzić z informacjami odziany w garnitur. Ja dla kontrastu na przykład siedzę w najgrubszym dresie jaki znalazłam w Fannemelowej szafie.
-Jesteś niesamowity Hilde, wiesz o tym? - uśmiecham się do niego promiennie.
-Ah tam – macha ręką jakbyśmy mówili o jakiejś błahostce. - Czego się nie robi dla przyjaciół, co nie?


-Boisz się?
Vegard wpatruje się we mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma. Po chwili zaprzecza ruchem głowy.
-Ani trochę. W najgorszym wypadku umrę.
-No właśnie!
-Gdyby nie dawca i tak bym umarł – wzrusza ramionami. - A dawca znalazł się w ostatniej chwili, więc pogodziłem się już ze śmiercią.
Czuję, że oczy zachodzą mi łzami. Wpatruję się w niego łagodnym wzrokiem.
-Dlaczego ty jesteś taki mądry? - pytam trochę retorycznie.
-Mam cztery lata, ale dużo przeszedłem – uśmiecha się promiennie biorąc do buzi kolejną łyżkę lodów czekoladowych z pucharku stojącego przed nim. - Już dwa razy ledwo przeżyłem. Śmierć mnie nie przeraża.
I chyba mu tego zazdroszczę. Nie, nie choroby, która już dwa razy prawie go zabiła. Zazdroszczę mu tego, że jest spokojny i bez zbędnych emocji oczekuje na to co nadejdzie. Obserwuję jak z entuzjazmem pochłania kolejne łyżki lodów. Czuję jak co chwilę delikatnie kopie mnie w piszczele machając nogami. Słyszę jak cichutko nuci pod nosem piosenkę, która akurat leci z głośników w szpitalnej stołówce. Jest szczęśliwy. Mimo wszystko.
-Diana?
-Tak?
-Zjadłbym jeszcze.
Prycham śmiechem i przewracając oczami zabieram ze stołu pucharek i idę żeby oddać go pani w kuchni i zapłacić za kolejny.
W czasie kiedy czekam na połączenie karty z bankiem dzwoni mój telefon.
-Cześć Fannis – rzucam pogodnie po odebraniu.
-Cześć Słońce. Jesteś w szpitalu?
-Jestem...
-Gdzie?
-W stołówce.
-Lecę!
I się rozłącza. Odbieram od kasjerki lody dla Vegarda i wracam do stolika.
Niestety nie jest mi dane postawić ich przed chłopcem na stole, bo za chwile na moje plecy wpada Anders i pochylając się nade mną od tyłu, całuje mnie w policzek.
-Cześć kochanie! Cześć Vegard – przybija z chłopcem piatkę i delikatnie czochra włosy. - Co tam masz? - wskazuje na pucharek w moich rękach.
-Lody dla Vega – oznajmiam stawiając naczynie na stole.
-To ty jedz – Anders zwraca się do chłopca. - A ja będę mówił. Nadal chcesz jechać na skoki?
Chłopiec potakująco kiwa głową z łyżką w ustach.
-To zawrzyjmy układ. Jeśli twój lekarz i twoja mama wyrażą zgodę, to zabiorę cię na czterodniowy obóz treningowy do Lillehammer, ok?
Krzyk jaki wydobył się z gardła Vegarda w odpowiedzi na pytanie Andersa przekroczył chyba wszelkie dopuszczalne granice decybeli. Chłopiec zeskoczył z krzesła i rzucił się Fanniemu na szyję.
-Rozumiem, że się zgadzasz? - śmieje się Fanni poklepując go lekko po plecach.
-Bez mamy? Na skokach?! Suuuuper!
-Stoeckl się zgodził? - pytam cicho, żeby nie przerywać małemu celebracji.
-W sumie on z tym wyszedł. Tom opowiedział mu o Vegardzie, Alex sprawdził czy jesteśmy w stanie ściągnąć onkologa na te kilka dni, żeby miał na małego oko i... udało się. Oficjalnie Hilde wpisze Vegarda jako podopiecznego Marzenia Diany, a wyjazd ma być jakimś spełnionym marzeniem, czy coś...
Uśmiecham się szeroko na widok biegającego i krzyczącego ze szczęścia Vegarda. Hilde może i jest ciemną masą, ale najkochańszą jaką można było sobie wyobrazić.
-Czemu to robisz? - pytam nie rozumiejąc.
-Co robię?
-No, zabierasz Vegarda i w ogóle... To do ciebie niepodobne.
-Karma, Diana. Jak uszczęśliwie kilka osób, to może karma wróci i uszczęśliwi mnie, zostawiając mi ciebie.
Biorę głęboki oddech, żeby powstrzymać łzy napływające mi do oczu.
-A jak jego mama się nie zgodzi? - pytam.
-Nic się nie martw – mruga do mnie łobuzersko Fanni. - Alex i Tom 'jestem popularny i lubiany' Hilde się nią zajmą. Tak ją zbajerują, że nawet słowa nie powie. Ej, Veg! Bo ci z tych lodów zupa zostanie...
I w takich chwilach jak ta, zapominam że mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, a moja umowa na czas określony z każdym dniem jest coraz bliżej końca.




Zołers wraca, tak na chwilkę, w przerwie między egzaminami :) na razie wszystko idzie zgodnie z planem, jeszcze dwa duuuuuże egzaminy i zaczynam ferie, trzymajcie kciuki :)
u Diany taki chwilowy życiowy zastój, ale niedługo zaczniemy działać, mam nadzieję, że będziecie!
miłego czytania,
Z.

sobota, 10 stycznia 2015

Cztery.

-Skąd wiedzieli, że o mnie chodzi?
Zrezygnowana i przerażona idę za Andersem, który ciągnie mnie za rękę przez tłum dziennikarzy.
-Akcję promują skoczkowie - próbuje przekrzyczeć krzyki reporterów Fanni – więc pewnie ogarnęli, że chodzi o kogoś ze środowiska. Prześwietlili w pierwszej kolejności zawodników i jak znaleźli ciebie, to w ciemno poszli, że to ty jesteś Dianą z Norwegii, o którą chodzi.
O taki geniusz, to bym ich nie podejrzewała. No ale niech będzie. Jeszcze nigdy w życiu droga ze schodów do samochodu nie zajęła mi tak dużo czasu.
-... nie uważasz, że ta choroba to twoja szansa na zaistnienie?
Staję jak wmurowana i rozglądam się wokół, żeby znaleźć debila, który zadał to bezsensowne pytanie. Jest. Dumny jak paw ze swojego toku myślenia.
-Nie. Uważam, że ta choroba to moja szansa na przedwczesną śmierć. I nie prosiłam się o nią, tak dla pańskiej informacji.
-Diana, pakuj się – słyszę głos Fanniego i czuję jak lekko popycha mnie w kierunku otwartych drzwi samochodu.
Przez szybę widzę, jak Anders podchodzi do dziennikarza i stając tak, że ich twarze dzieli kilka centymetrów, cedzi do niego coś przez zęby. Reporter wygląda jakby był odrobinę wytrącony z równowagi, ale stara się zachować twarz. W tym czasie Fanni obchodzi samochód i wsiada za kierownicę.
-Co mu powiedziałeś? - pytam.
-Że mu załatwię przeniesienie do wiadomości dla rolników jak się nie odpierdoli – mruga do mnie łobuzersko.
Uśmiecham się lekko, ale wiem że kłamie. I wcale nie mam mu tego za złe.
Od kilku dni Anders stara się zdjąć ze mnie jak najwięcej stresu. Szczerze przed sobą przyznaję się, że byłam pewna że potraktuje mnie jak chorego kumpla. Każe wziąć się w garść, będzie obok, ale dla towarzystwa a nie wsparcia. Tymczasem Fanni stał się prawdziwą głową rodziny. Wyniósł moje dobro ponad swoje, moje potrzeby ponad swoje i potrafił całkowicie zrezygnować ze swojej wielkiej miłości – skoków. Za każdym razem kiedy o tym pomyśle, gorąca fala rozlewa się po moim sercu i nie umiem opanować uśmiechu.
-Nie wiem czy Tom dobrze zrobił... - zaczynam.
-Tom zrobił najlepszą rzecz jaka mu przyszła do głowy – przerywa mi Fanni wyjeżdżając przez bramę osiedla. - A że nie pomyślał o konsekwencjach w postaci tych idiotów wystających pod naszym domem, to akurat nie powinno cię dziwić – kończy z lekkim uśmiechem.

-Dobrze wyszedłeś – rzucam z podziwem przeglądając czasopismo w szpitalnej poczekalni. W nowym numerze pisma sportowego ukazała się reklama nart z udziałem Andersa. - Kompletnie już zapomniałam, że robiłeś te zdjęcia. To było dwa miesiące...
-Trzy miesiące temu – poprawia mnie Fanni.
-Trzy miesiące temu – powtarzam cicho.
Chłopak patrzy na mnie z żalem.
-Przepraszam – nagle przed nami staje kobieta, którą już kiedyś spotkałam na oddziale onkologicznym. - Wiem, że to nieodpowiednie... ale czy pani jest Dianą z Norwegii?
-Niestety tak – uśmiecham się smutno.
Oczy zachodzą jej łzami, a ona przyciąga mnie do siebie i mocno przytula.
-Dziękuję – szlocha mi we włosy.
-Cieszę się, że mogłam pomóc – mówię niepewnie poklepując ją po plecach. - Ale co właściwie zrobiłam?
-Ah tak – kobieta ociera łzy z policzków i odsuwa się ode mnie odrobinę. - Dzięki tej całej akcji, w Słowenii znalazł się dawca szpiku dla mojego synka.
Dopiero teraz zauważam małego chłopca przytulającego się do jej nóg. Patrzy na mnie z najwyższym zainteresowaniem więc kucam przed nim i wyciągam dłoń.
-Cześć. Jestem Diana, a ty?
Niepewnie wychodzi zza nóg swojej mamy i chwyta moją dłoń.
-Vegard.
-Cieszysz się, że będziesz zdrowy?
-Bardzo – potwierdza maluch. - Nie lubię szpitala. A ty?
-Też nie za bardzo za nim przepadam...
-Ale czy ty będziesz zdrowa?
Po raz kolejny tego dnia uśmiecham się smutno.
-Nie wiem. Też potrzebuję dawcy, tak samo jak ty.
-Będziesz zdrowa – oznajmia mi Vegard. - Moja mama mówi, że to dzięki tobie będę zdrowy. Więc jesteś moim aniołem stróżem. A anioły nie umierają, nie wiedziałaś?
Usta mimowolnie wykrzywiają mi się w uśmiechu.
-Poza tym, jak to tak? Skoro ja będę żył, to kto mnie będzie chronił później jak będę już duży, skoro ty nie będziesz zdrowa? Nie możesz mnie zostawić.
-Mama cię będzie chronić – zapewniam go.
-Mama to mama – odpowiada pewnie chłopiec. - A ty jesteś aniołem stróżem. Mama nie może być aniołem. Prawda?
-Vegard, chyba się za bardzo rozgadałeś... - upomina go mama.
-Pani w przedszkolu mówiła, że z aniołem stróżem można porozmawiać o wszystkim. Więc rozmawiam.
Pyzata twarz chłopca wykrzywia się w szerokim uśmiechu, który próbuję odwzajemnić, ale czuję że zwyczajnie nie mam siły. Przechylam się do tyłu i siadam.
-Diana? - słyszę głos Fanniego. - Diana?!
Nie potrafię utrzymać się w pionie i opierając się na ramionach Andersa, który w porę mnie złapał, opadam na ziemię. Widzę nad swoją głową rozmazaną twarz chłopaka, ale nie jestem w stanie nic powiedzieć.
-Diana?! Niech ktoś do cholery zawoła lekarza!

Pik. Pik. Pik.
Zaczynam odzyskiwać świadomość. Drażniący dźwięk aparatury jest coraz głośniejszy. Czuję, że w lewej dłoni podłączony mam wenflon, z kolei lewa trzymana jest od łokcia w górze przez dwie ciepłe dłonie. Domyślam się, że należą do Fanniego, ale nie mam siły otworzyć oczu.
Nagle ze zdziwieniem stwierdzam, że słyszę pociąganie nosem. Anders by przecież nie płakał, prawda?
-Pewnie mnie nie słyszysz, ale ja muszę to wszystko teraz powiedzieć. Kocham cię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jestem tego pewien. I nie potrafię sobie wyobrazić życia bez ciebie. Nie umiem sobie wyobrazić, że wracam z zawodów, a ty na mnie nie czekasz. Lekarze mówią, że to omdlenie to tylko z przemęczenia, ale ja... ja się zwyczajnie boję. 
Słyszę, że bierze głęboki oddech i próbuje zapanować nad roztrzęsionym głosem.
-Nie powiedziałem ci prawdy, kiedy spytałaś co powiedziałem temu dziennikarzowi. Wiesz co mu powiedziałem? Że życzę mu tego samego, żeby doświadczył i przestał zadawać pytania na temat, o którym nie ma zielonego pojęcia. Nie powiedziałem ci prawdy, bo nie byłabyś dumna. Jesteś dobrym człowiekiem. Jak to powiedział ten mały dzisiaj? Ah tak! Anioł stróż! I ja, dzięki tobie, też chcę być lepszym człowiekiem, ale jak widzę, że ktoś cię krzywdzi to... to mam ochotę zatłuc gnoja. 
Delikatnie pociąga nosem, a jego dłonie mocno zaciskają się na mojej.
-Gdybym tylko mógł ci jakoś realnie pomóc... Diana, oddałbym ci wszystko. A ty nie chcesz niczego. Trzymam cię teraz za rękę i zastanawiam się, dlaczego ty mnie jeszcze nie zostawiłaś. Byłem beznadziejnym chłopakiem, a ty czekałaś co tydzień, sezon po sezonie. A teraz leżysz tu. Bez żadnej świadomości. Mam do ciebie jedną, jedyną prośbę. Obiecuję, że to już ostatnia. Potem to ja będę spełniał twoje prośby. Ale Diana, proszę cię, zostań ze mną.


Powoli otwieram oczy i momentalnie je zamykam pod wpływem promieni słońca, świecących mi prosto w twarz.
Podejmuję jeszcze jedną próbę i opornie przyzwyczajając się do światła, otwieram oczy.
Fanni śpi siedząc na krześle i opierając głowę o moje łóżko. W dłoniach trzyma moją dłoń. Na korytarzu jest cicho i spokojnie. Natomiast w nogach mojego łóżka ubrany w piżamę i błękitny szlafrok siedzi spokojnie Vegard.
-Co tu robisz? - pytam chłopca mrugając kilkakrotnie.
-Przyszedłem się z tobą zobaczyć.
-Która jest godzina?
-Pewnie coś koło piątej rano – odpowiada niepewnie.
-Powinieneś spać...
-Nie mogłem. Martwiłem się. Był u mnie wczoraj twój chłopak – głową wskazuje na Fanniego – żeby spytać jak się czuję. Powiedział mi, że nic groźnego ci się nie stało, ale nie wyglądał na zbyt przekonanego, więc przyszedłem sprawdzić.
-Ile ty masz lat? - pytam podejrzliwie zaskoczona jego rezolutnością.
-Cztery i pół. A ty?
-Dwadzieścia trzy.
-To dużo?
-Nie – parskam śmiechem. - Nadal stosunkowo mało. Jak mnie znalazłeś?
-Chodziłem od pokoju do pokoju – wzrusza ramionami. - Zobaczyłem Andersa, więc uznałem, że to tu.
-Jesteś niesamowity – uśmiecham się. - Długo tu siedzisz?
-Ze dwie godziny – odpowiada. - Było mi trochę zimno, więc użyczyłem sobie kawałka twojej kołdry. Nie jesteś zła?
-A skądże!
-Diana...
-Tak?
-Mogę cię o coś spytać?
-Pewnie!
-Jeździsz na zawody czasami?
-Zdarza mi się – uśmiecham się. - Dlaczego pytasz?
-Zabierzesz mnie kiedyś? - pyta z nadzieją.
-Kiedy tylko będziesz chciał!
-Ale mi chłopaki będą zazdrościć! Bo wiesz... oni się ze mnie czasami śmieją.
-Dlaczego? - pytam zdziwiona.
-Mówią, że musi być ze mną coś nie tak, skoro jestem chory.
-To nie tak – zapewniam go. - Nie mamy na to żadnego wpływu, że chorujemy... A fakt, że przeżyjesz jest dowodem na to, że komuś zależy na twoim życiu tak bardzo, że jest gotów oddać ci cząstkę siebie.
-A Anders tobie odda?
-Nie może – uśmiecham się smutno. - Choć bardzo by chciał...
-Wiem. Słyszałem jak mówił do ciebie kiedy byłaś nieprzytomna. Obiecałem mu, że nie pisnę ci ani słówka, ale możesz być pewna, że cię kocha. Prawie tak samo jak mama mnie. Choć trochę inaczej.


*****
Kochane! 
Zoe zaczyna uczyć się do sesji, co oznacza permanentne niewyspanie przez najbliższy miesiąc, hektolitry kawy i codzienną analizę pod tytułem 'czy to w ogóle ma sens?'. Niestety oznacza to też baaaardzo ograniczoną ilość czasu, dlatego nie wiem kiedy pojawi się tu coś nowego, ale obiecuję, że po sesji a przed wyjazdem na ferie jeszcze tu zajrzę!
No i oczywiście, wszystkim którzy jadą do Zakopanego życzę niesamowitych wrażeń :) i trzymamy kciuki za naszych! I za Michiego, bo wszystkie go kochamy!
Enjoy!
Z.

czwartek, 1 stycznia 2015

Trzy.

Przeciągam się na łóżku i niepewnie otwieram oczy. Urgh. Jest już jasno. A to oznacza, że zaczął się ten paskudny dzień, w którym wszyscy się dowiedzą o mojej chorobie, a ja dowiem się czy Fanni może być dawcą.
Podchodzę do krzesła, ściągam z niego rzucony niedbale szlafrok i zakładając go ruszam do kuchni.
-Cześć Alex – rzucam podchodząc do Stoeckla siedzącego przy naszym stole.
-Cześć kochanie – wstaje i uśmiechając się niepewnie ucałowuje mnie w policzek. - Jak się czujesz?
-Dobrze, a dlaczego? - pytam wtulając się w Fanniego stojącego przy blacie.
-Powiedziałem mu... - szepcze mi do ucha Anders.
-Ah, o to chodzi – mruczę niezadowolona. - Dobrze, staram się z tym żyć normalnie. Jak mam umrzeć to i tak umrę. Wszystko w swoim czasie – wzruszam ramionami.
-Diana...
-No co?
-Przestań. Mogłabyś podchodzić do tego nieco bardziej optymistycznie – prycha Anders.
-Optymistycznie? Do białaczki? Naćpałeś się czegoś od rana?
-Idź się ubrać, co?
-Zadałam tylko pytanie – burczę i zabierając kubek z kawą ruszam do garderoby. Przymykam za sobą drzwi i po wybraniu rzeczy zaczynam się ubierać.
-I co teraz? - słyszę głos Stoeckla z kuchni.
-Nie wiem – odpowiada mu słabo Fanni. Zastygam w połowie zakładania spodni i nasłuchuję. - Widzisz jak ona do tego podchodzi...
-A ty?
-A ja się boję. Że ją stracę. Wiem, że myślę jak egoista, ale ja sobie bez niej nie poradzę.
-A co mówią lekarze?
-Z tego co zrozumiałem to powinna znaleźć dawcę w przeciągu roku, żeby mieć realne szanse na przeżycie – mówi cicho Anders i bierze głęboki oddech. - Mam rok, żeby ją uratować. Dlatego prosiłem o przerwę.
-Oczywiście, rozumiem. Ale proszę cię, żebyś trenował w wolnej chwili, żebyś w razie czego mógł wskoczyć do drużyny.
-Alex, mówiłem już, że nie...
-Jak będzie po wszystkim.
-Zależy jak to się wszystko skończy – rzuca Fanni. - Diana, czy ty szyjesz te ubrania, czy co? Spóźnimy się do szpitala!
A ja naciągając na siebie kadrową bluzę Andersa zastanawiałam się, który Fannemel to ten prawdziwy: zimny i pewny siebie, czy ten przerażony, który rozmawiał ze Stoecklem.

Kilkanaście par bystrych oczu wpatruje się we mnie z oczekiwaniem. Czuję, że dłoń Fanniego nieco mocniej ściska moją dodając mi otuchy. Biorę głęboki oddech i układam w głowie, co mam powiedzieć.
-Poprosiłam was... A właściwie Anders was poprosił, żebyście tu przyszli, bo chciałabym przekazać wam pewną informację – zaczynam po chwili. - Od kilku tygodni wiem, że jestem chora. Poważnie chora.
Skoczkowie i członkowie sztabu posyłają mi pytające spojrzenie.
-Mam białaczkę – wyrzucam z siebie szybko.
Odpowiada mi głucha cisza. Wszyscy patrzą na mnie z przerażeniem wymalowanym na twarzy, nawet Hilde przestał się bawić telefonem.
-Sprawa wygląda tak, że najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest znalezienie dawcy. I to szybko, bo mam na to około roku.
-A jeśli nie zdążysz? - pyta niepewnie Velta.
Przenoszę na niego wzrok i wpatruję się w niego moimi mokrymi od łez oczami.
-O matulu... - rzuca chłopak rozumiejąc moje spojrzenie.
-Nie ma nawet pewności, że przeżyję ten rok – wyjaśniam próbując powstrzymać mój roztrzęsiony głos. - Chodzi o to, że potrzebuję tego dawcy. Nikt z mojej rodziny, ani też Anders nie może nim być. I tu pojawiacie się wy. Chciałabym was prosić, żebyście zgłosili się do bazy dawców. Proszę was jako osoba zdesperowana. Bo mam jedno marzenie: przeżyć.
Robię chwilę przerwy na głębszy oddech. Nikt nie ma odwagi się odezwać. Bardal wpatruje się we mnie zaszklonymi oczami. Uśmiecham się do niego niepewnie.
-Proszę was, żebyście zabrali swoje żony, dziewczyny, rodzeństwo, dzieci, kogokolwiek! Oczywiście, nie mogę was do tego zmusić, ale pomyślcie... Jeśli nie uratujecie mnie, może uda wam się uratować kogoś innego? Ostatnią bliską osobę jakiegoś samotnika? Wymarzone dziecko jakiejś pary, którego narodziny były dla rodziny prawdziwym cudem? Czyjąś żonę? Jeśli nie chcecie tego zrobić dla mnie, zróbcie to dla czyjegoś uśmiechu. Ale zróbcie to, proszę.

-Dlaczego nie śpisz?
Anders lekko wzdryga się na dźwięk mojego głosu.
-Przestraszyłaś mnie. Myślałem, że już dawno śpisz.
-Spałam. I ty też powinieneś.
Fanni odwraca się z powrotem w kierunku okna balkonowego przed którym siedzi. Lillehammer wygląda pięknie nocą o tej porze roku. Podchodzę bliżej.
-Nie powinieneś tego pić – rzucam wskazując na butelkę piwa stojącą obok niego.
-Przecież i tak nie trenuje.
-A może powinieneś?
-Diana, rozmawialiśmy o tym – mruczy lekko zirytowany. - Nie będę skakał w czasie kiedy ty walczysz o życie.
Siadam za nim i wtulam się w jego plecy. Czuję jak przejeżdża dłonią po moich rękach zaplecionych na jego klatce piersiowej.
-Czy ty nie masz czasem gorączki? - pyta podejrzliwie.
-Może i mam – wzruszam ramionami.
-Na Boga, Diana! - marudzi Anders wychylając się w stronę fotela, żeby ściągnąć z niego swój sweter, a następnie zarzuca mi go na ramiona. - Jeśli nie zabije cię białaczka, to ty sama to zrobisz!
Patrzę na niego zszokowana.
-Przepraszam – szepcze po chwili odwracając się w moją stronę i przyciągając do siebie. - Po prostu dobija mnie fakt, że w ogóle o siebie nie dbasz.
-Nie chcę, żeby ktokolwiek obchodził się ze mną jak z jajkiem.
-Ale to nie oznacza, że masz zaniedbać podstawowe wartości życiowe. Jak na przykład to, żeby się ubierać odpowiednio do temperatury.
Przewracam oczami w oznace niezadowolenia.
-Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że to widziałem.
Wzdycham głęboko i ponownie się w niego wtulam.
-Co jeśli chłopaki ani ich rodziny nie mogą być dawcami?
-Będziemy szukać dalej. Świat nie kończy się na kilku norweskich skoczkach.

-Wy tu gadaliście, a tymczasem Tom Hilde poszedł po rozum do głowy, użył telefonu i zdobył potrzebny ci rozgłos! - wykrzykuje radośnie Tom prężąc się niczym dumny paw.
-Potrzebny mi rozgłos? - powtarzam po nim niedowierzając. - Tom, ja nie mogłam dzisiaj do domu wejść, tylu było dziennikarzy przed wejściem! Mów, co zrobiłeś!
-Użyłem znajomości! Kojarzysz Petera Prevca, Kamila Stocha, Gregora Schlierenzauera, Severina Freunda, Jakuba Jandę i Andersa Jacobsena?
-Przejdziesz do rzeczy?
-Otóż ci dżentelmeni zostali ambasadorami fundacji Marzenie Diany w swoich krajach.
-Założyłeś mi fundację?! - wykrzykuję.
-Owszem.
-Ty chyba jesteś niepoważny. Nie uważasz, że powinieneś się najpierw ze mną skonsultować?
-Chill, Mała. Nie użyłem w filmikach twojego wizerunku, ani nic.
-Jakich znowu filmikach?!
-Każdy z chłopaków nagrał filmik i wrzucił do internetu. Mówią o marzeniu Diany z Norwegii, zachęcają do zgłaszania się jako potencjalny dawca i te sprawy.
-Cholera, Hilde...
-Zanim na mnie nakrzyczysz, wysłuchaj mnie! Od czasu kiedy te nagrania są w internecie wpłynęło ponad sto tysięcy zgłoszeń potencjalnych dawców. A to dopiero początek, bo od jutra filmiki będą pokazywane w ogólnokrajowych telewizjach. Znane buźki znajdą ci drugie życie.

sobota, 13 grudnia 2014

Dwa.

     Czuję, że wszyscy na mnie patrzą. A pewnie nie patrzy nikt. Czuję się takim dziwadłem, że aż wstyd. A to przecież tylko białaczka. Tak, tylko.
Spoglądam po raz kolejny na wyniki badań, które zlecił mi lekarz. Absolutnie nic nie jestem w stanie z nich zrozumieć.
     Dzisiaj wraca Fanni. Od kilku dni zastanawiam się, jak mu przekażę informację o chorobie.
Nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy w ogóle mu mówić. No bo skąd mogę wiedzieć jak zareaguje? Może mnie zostawi, bo nie będzie chciał sobie robić problemów? Wiem jak to brzmi i wiem, że nie powinnam go o to podejrzewać, ale tyle już z nim przeszłam, że absolutnie by mnie to nie zdziwiło.
- Siema Diana!
Podskakuję na krzesełku jak oparzona i rozglądam się nerwowo, szukając osoby do której mógłby należeć głos.
Nagle moje spojrzenie krzyżuje się z bystrym spojrzeniem Andreasa Vilberga. Tylko jego mi tu brakowało.
- Co ty tu robisz?
- Ciebie też miło widzieć – śmieje się i spada na miejsce obok mnie.
- Nie powinieneś właśnie wracać z Tauplitz?
- Dostałem tydzień wolnego. Poprawiali mi przegrodę nosową – dopowiada widząc moje pytające spojrzenie.
- Rozumiem.
- A ty co robisz w szpitalu?
Nagle czuję, że robi mi się gorąco. Staram się zakryć treść kartek, które trzymam w ręce, ale Vilberg jest szybszy.
- Wyniki onkologiczne? Diana...?
- Zapraszam do gabinetu – na korytarzu pojawia się lekarz i zaprasza mnie do środka.
Podnoszę się i zaczynam zbierać wszystkie swoje rzeczy.
- Obiecaj mi, że nie powiesz Fanniemu, że mnie tu widziałeś.
- Ale, Diana...
- Obiecaj!
- Jasne...
Ruszam za lekarzem. I już wiem, że zaczął mi się sypać grunt pod nogami.

- Widziałaś jak wygrywałem?
     Fanni siedzi przy stole i ekscytuje się nad talerzem zupy jak przedszkolak.
Czy widziałam? Miałam włączony telewizor, jak zawsze kiedy Anders jest na zawodach. Ale w ten weekend skoki były tylko tłem dla mojej internetowej wycieczki w poszukiwaniu informacji na temat białaczki. O zwycięstwie mojego chłopaka dowiedziałam się z urywek, które udało mi się zrozumieć z wrzasków norweskiego komentatora.
- Oczywiście, że tak.
- Miałem nadzieję, że będziesz ze mnie dumna!
- Zawsze jestem – uśmiecham się i ruszam do lodówki po sok.
- Pokaże ci jaki artykuł o mnie napisali!
Rusza do sypialni po laptopa. Kręcę z rozbawieniem głową. Jedno zwycięstwo, a jak pozytywnie nastawiło Fanniego.
- Diana! Chyba zostawiłem laptopa w aucie u Rune! Wezmę twojego!
- Yhm... NIE!
Zostawiłam wyniki w laptopie po tym jak wyszukiwałam informacji na temat choroby.
W sypialni zapada kompletna cisza. Biorę głęboki oddech i na trzęsących się nogach ruszam przed siebie.
Zatrzymuję się w drzwiach. Anders siedzi na łóżku i z uwagą czyta plik kartek, które znalazł kiedy otworzył mój komputer.
- Co to jest?
A na co ci to wygląda?
Przygląda mi się z przerażeniem w oczach.
- Diana, pytam co to jest?! - ponawia pytanie lekko podnosząc głos.
Nie cierpię, kiedy ktoś na mnie krzyczy. Nie cierpię, bo wtedy od razu coś we mnie pęka i zaczynam płakać.
- Nie krzycz... - proszę go łamiącym się głosem.
- Diana, do cholery!
- Nie krzycz na mnie! - wrzeszczę na niego. - Nic tym nie zmienisz!
- Chcę wiedzieć co to są za wyniki!
- Mam białaczkę! Zadowolony?!
- Co ty w ogóle chrzanisz?!
- Mam białaczkę! Przeliterować ci to?! - krzyczę przez łzy.
- Niemożliwe...
- A jednak!
- Ale przecież... Kurwa, Diana! Jaka białaczka?!
- Normalna...
- I co teraz?
- A skąd mogę wiedzieć? Dla mnie to też jest nowa sytuacja!
- Ale... Białaczka?! Nie, niemożliwe! Nie masz żadnej pierdolonej białaczki, rozumiesz?! Jesteś młoda, śliczna, pełna życia...
Widzę, że w jego oczach zaczynają się zbierać łzy.
- Anders, jestem chora...
- Nie jesteś, rozumiesz?!
Nawet nie mam siły z nim walczyć. Osuwam się framudze od drzwi i czuję jak łzy zaczynają mi spływać ciurkiem po policzkach. Anders przechodzi nade mną i rusza do przedpokoju. Słyszę, że zaczyna się ubierać.
- Gdzie idziesz? - pytam próbując opanować łzy.
- Nie wiem.
- Kiedy będziesz?
- Nie wiem.
- A...
- Nie wiem. Narazie.
Trzask drzwi. Nie tak to sobie wyobrażałam.

     23:46. Słyszę szczęk kluczy w zamku. Odstawiam kubek z herbatą i książkę na szklany stolik i uważnie przyglądam się drzwiom, przez które chwilę później wchodzi Fanni.
- Dlaczego nie śpisz?
- Bo od kilku godzin zamartwiam się gdzie jesteś? - wykrzykuję histerycznie. - Nie odbierasz telefonów, nie dajesz znaków życia...
- Musiałem sobie parę rzeczy przemyśleć.
- Ty musiałeś sobie przemyśleć, tak? - mruczę zirytowana.
- Przepraszam cię.
- Jak zwykle.
- Nie chciałem tak na ciebie naskoczyć, ale... No zaskoczyło mnie to.
- Wyobraź sobie, że mnie też.
- Diana... Czy ty umrzesz?
Czy umrę? Zastanawiałam się nawet nad tym. Ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi.
- Nie wiem. Nie wydaje mi się. Ale pewności nie mam.
- A co teraz z tobą będzie?
Czuję się jakby siedział przede mną 4-letni chłopiec, który zadaje pytania, żeby lepiej poznać świat.
- Pewnie będę musiała poczekać na dawcę szpiku.
- Zatem jutro pojedziemy do szpitala sprawdzić czy mogę być dawcą.
Uśmiecham się delikatnie i czuję jak po sercu rozlewa mi się fala gorąca.
- To by było pewnie zbyt piękne i proste, gdybyś mógł być.
- Więc będziemy szukać dalej. Choćbym miał zmotywować całą Norwegię – zrobię to. Cały skoczny świat! Wszystkich!
- Więc... nie chcesz mnie zostawić?
Patrzy na mnie zaskoczony.
- A dlaczego miałbym cię zostawić?
- Nie wiem... To jednak spory problem.
- Diana, ja wiem, że jestem gnojem! I dzisiaj to udowodniłem. Ale ja cię naprawdę kocham. I będę skończonym egoistą, ale nie pozwolę ci umrzeć i mnie zostawić, rozumiesz? Przejdziemy to razem.
- Ale przecież masz zawody...
- Wiesz ile w tym momencie mnie obchodzą zawody?
- A z czego będziemy żyć?
- Nic się nie martw. W tym i poprzednim sezonie zajmowałem dobre miejsca, więc trochę kasy się uzbierało. Poza tym mam sponsorów, na pewno pomogą.
- Przepraszam.
- Za co?
- Byłam pewna, że mnie zostawisz.
Anders wzdycha głęboko i otacza mnie swoim ramieniem.
- Dobrze myślałaś. Moim pierwszym odruchem była ucieczka. Ale uznałem, że nie mogę cię stracić tylko dlatego, że jestem tchórzem. Chcę spędzić z tobą resztę życia. I jeśli tylko Bóg da mi na to szansę, to obiecuję ci życie na jakie zasługujesz, a nie takie jakie funduję ci teraz.

niedziela, 7 grudnia 2014

Raz.

     Jedna łza. Potem druga, trzecia, czwarta i kolejne.
Wyjrzałam przez okno na zaśnieżone Lillehammer oświetlone kilkoma latarniami. Światło z tych latarni padało strumieniami po naszej sypialni, po podłodze, po łóżku, po jego plecach.
Jakaś grupka właśnie wracała do domu, śmiali się i z entuzjazmem coś sobie opowiadali. Byli szczęśliwi. Prawie tak jak my kiedyś.
     Nie umiem powiedzieć nic o naszym związku: czy jest dobry czy zły. Nie umiem, bo nigdy w innym nie byłam. Jesteśmy razem od sześciu lat, mieliśmy po siedemnaście gdy poszliśmy na pierwszą randkę. Oboje uczyliśmy się wtedy w Oslo, chodziliśmy do kawiarni, na lodowisko, do kina. Było magicznie w pełnym tego słowa znaczeniu.
     Potem on postawił wszystko na jedną kartę: na skoki. A ja byłam z nim szczęśliwa, więc wyjechałam razem z nim. I tak oto siedzę czwarty rok w Lillehammer. Studiuję, piszę dla lokalnej gazety i wiernie czekam, kiedy go nie ma.
     Czasem zadaję sobie pytanie czy jestem szczęśliwa w Lillehammer. Odpowiedź prawie zawsze zależy od mojego humoru. Raz wylewam litry łez lamentując, że się tu męczę, że potrzebuje szybszego życia, większego miasta, że nigdy nie zrobię kariery. Innym razem z kolei czuję, że jest to najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Czekam na niego w naszym niewielkim, przytulnym mieszkaniu, pijąc herbatę i czytając książkę.
     A od czego zależy mój humor? Od tego jak nam się układa. A tu bywa bardzo różnie.
Najszczęśliwsi byliśmy jeszcze w Oslo. Pierwsze dwa lata naszego związku były idealne. Dlatego też zdecydowałam się wspierać jego sportową karierę i pojechałam z nim do Lillehammer.
'Tam też mają uczelnię' myślałam sobie wtedy.
Ale kiedy tylko on zaczął odnosić sukcesy w sporcie, nasze relacje zaczęły się rozluźniać.
Zgrupowania, treningi, wyjazdy, wyjścia z kumplami. Zawsze było coś ważniejszego.
     To ile razy mnie wystawił i ile razy przez niego płakałam to materiał na osobną opowieść.
Zaczęły się kłótnie, trzaskania drzwiami i niekończące się wzajemne pretensje. Wielokrotnie byłam już spakowana i gotowa do powrotu do Oslo. Ale on zawsze mnie zatrzymywał. Był wtedy taki jaki powinien być. Obiecywał, że wszystko się zmieni, że będziemy razem spędzać więcej czasu, że będzie mnie zabierał częściej na konkursy. Obiecywał zawsze. Nie zmienił się nigdy.
Raz pokłóciliśmy się tuż przed jego wyjazdem na zgrupowanie. W czasie jego nieobecności spakowałam się i wróciłam do Oslo. Przyjechał po mnie po kilku dniach, wytłumaczył spokojnie dlaczego powinnam z nim wrócić, znowu obiecał że się zmieni. A ja znowu uwierzyłam.
Chyba nigdy mnie to nic nie nauczy.
     Wzięłam głęboki wdech, żeby uspokoić nierówny oddech i delikatnie zeskoczyłam z parapetu. Położyłam się na łóżku obok niego i po chwili poczułam jak przytula mnie od tyłu.
Jutro będzie nowy dzień. Oby był lepszy od poprzedniego.

- Diana, nie widziałaś moich spodni?
- Których?
- Kadrowych!
- Nie!
Wzięłam łyka kawy. Moje dłonie zawisły nad klawiaturą, żeby napisać dalszy ciąg artykułu na temat turystyki w Lillehammer i okolicach, ale nie mogłam wymyślić nic mądrego.
- A szarych dresowych?
- Na litość boską, Fanni! Otwórz szafę i sprawdź!
Wszedł do kuchni ze zdziwioną miną.
- O co ci znowu chodzi?
- O nic! Próbuję skończyć artykuł, a ty mnie non stop pytasz o rzeczy, które mógłbyś sam załatwić!
- Uprzejmie przepraszam, że przerwałem – mruknął zdenerwowany i wyszedł.
     I tak jest prawie zawsze kiedy Anders wyjeżdża. Pakuje się w biegu, niczego nie może znaleźć, a potem wychodzi na to, że wszystko jest moją winą, bo ja nie chciałam mu pomóc. Tylko, że ja też mam swoje życie, swoje zobowiązania i swoje problemy.
     Zatrzasnęłam laptopa i ruszyłam w kierunku garderoby. Ominęłam stojącego w niej blondyna i uważnie przyjrzałam się szafie ze spodniami.
- Kadrowe – mruknęłam podając mu parę czarnych spodni z najniższej półki. Podniosłam wzrok i z regału wyżej wyciągnęłam dwie pary dresowych spodni. - Coś jeszcze?
- Skarpety do butów narciarskich.
Przeszłam kawałek do szuflady i wyciągnęłam kilka par skarpet zwiniętych w kłębki.
- Proszę.
- Dziękuję – mruknął i zaczął ładować wszystko do torby. - Diana?
Odwróciłam się w drzwiach i spojrzałam na niego wyczekująco.
- Przepraszam. Za to co powiedziałem. Wiem, że też masz pracę.
- Nie przejmuj się. Przyzwyczaiłam się już.
Wróciłam do kuchni i zaczęłam sobie parzyć nową kawę.
- Naprawdę przepraszam – usłyszałam za sobą jego głos.
- Dlaczego ciągle przepraszasz, a nie robisz nic, żeby nie musieć?
- Wiesz, że się staram. Chce się zmienić, ale to nie jest takie proste.
- Nie chrzań – mruknęłam z lekkim uśmiechem.
- Co masz na myśli?
- Nie chcesz się zmienić. Jest ci wygodnie tak jak jest.
- Więc dlaczego ze mną jesteś? Z przyzwyczajenia?
- Nie, Fanni. Z miłości.

- Rune już czeka! - krzyknęłam w głąb mieszkania i pomachałam do chłopaka w samochodzie, który odwdzięczył się tym samym.
Zaraz po tym Anders pojawił się obok mnie z dwiema torbami i postawił je obok czekających na spakowanie nart.
- Uważaj na siebie – mruknęłam, kiedy podszedł się ze mną pożegnać.
- Zawsze uważam – odpowiedział.
Staliśmy przez chwilę patrząc na siebie w ciszy. Poczułam, że oczy zachodzą mi łzami. Przejechał kciukiem po moim policzku.
- Nie płacz kocie – uśmiechnął się lekko.
- Chciałabym, żebyśmy znowu mieli po 18 lat, żeby wszystko było łatwe.
- Za chwilę kończy się sezon, spędzimy więcej czasu razem. Zobaczysz, dotrzemy się w końcu.
- Leć już. Rune nie będzie czekał wiecznie.
- Kocham cię, wiesz o tym, prawda? - spytał patrząc mi głęboko w oczy, a ja skinęłam głową. Stanął na palcach, z racji tego że jesteśmy tego samego wzrostu i ucałował mnie w czoło. - Dbaj o siebie, Diana. Proszę.

- Dlaczego mu nie powiedziałaś?
- Bo jeszcze nie wiem czy jestem chora!
- A wie, że to sprawdzasz?
- Nie.
- No to właśnie o tym mówię! I widziałam, że właśnie przewróciłaś oczami.
     Czasami zastanawiam się czy moja siostra Lea nie jest bardziej nadopiekuńcza niż moja mama. Jest ode mnie 4 lata starsza i jest najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałam. Taką siostrą z prawdziwego zdarzenia. To do niej zawitałam, kiedy wyjechałam z Lillehammer, to ona zawsze wysłuchuje moich litanii na temat Andersa, a mimo to jeszcze go nie zabiła kiedy się spotykają na jakiś rodzinnych uroczystościach. Wychodzi z założenia, że wiem co robię i to moja sprawa.
Gdybym ja jeszcze rzeczywiście wiedziała co robię.
Lea parkuje swój samochód pod budynkiem szpitala i odwraca się w moim kierunku.
- Gotowa?
- Ani trochę. Ale chce już mieć to za sobą.
Wysiadamy i kierujemy się do przychodni. Podchodzę do rejestracji i potwierdzam przybycie na wizytę.
- Doktor zaraz panią poprosi – uśmiecha się do mnie brunetka zza lady.
Siadamy z Leą w poczekalni i w milczeniu oczekujemy na moją wizytę. Po chwili lekarz wychyla się z gabinetu i zaprasza mnie do środka.
- Poczekam tu – uśmiecha się niepewnie moja siostra.
- Proszę usiąść – lekarz wskazuje mi miejsce kiedy już zamykam za sobą drzwi. Posłusznie wykonuję polecenie i wlepiam swój wzrok w kartkę leżącą przed nim.
- Nie mam dla pani dobrych wiadomości – zaczyna spokojnie doktor. - Badania wykazały nowotwór.
- Nowotwór? - powtarzam niepewnie.
- Niestety tak.
- Ale nowotwór czego? - pytam ciągle porażona faktem jak bardzo nieprawdopodobna jest usłyszana przeze mnie diagnoza.
- Układu krwiotwórczego.
Biorę głęboki oddech.
- Chce mi pan powiedzieć, że mam... że mam białaczkę?
- Naprawdę, jest mi bardzo przykro.
- Ja mam 23 lata! - wykrzykuję.
- Ta choroba nie ma nic wspólnego z wiekiem...
- Jestem za młoda, żeby umrzeć!
- Białaczkę da się leczyć.
Wpatruję się w niego pustym wzrokiem.
Białaczka. Tak po prostu.
- I co teraz?
- Spotkamy się za dwa dni i omówimy plan leczenia.
- A jest pan pewien, że... - wskazuję niepewnie na wyniki badań.
- Nie mam żadnych wątpliwości.
Potem jeszcze coś do mnie mówi, ale przestaję go słuchać. Potwierdziły się moje najgorsze obawy. Co ja powiem siostrze, rodzicom? Co powiem Andersowi? Jakie są szanse, że to przetrwam?
Wychodzę na korytarz i czuję, że wibruje mi telefon w torebce. Wyciągam go i spoglądam na wyświetlacz. Fanni.
- Cześć Skarbie – silę się na wesoły ton.
- No cześć Słońce! Jesteśmy już w Tauplitz! Jestem cały i zdrowy.
- Cieszę się.
- A u ciebie?
- Też wszystko w porządku.
Lea uśmiecha się triumfująco i wyrzuca pięść w górę w geście zwycięstwa.
- Cudownie! Kocham cię, odezwę się wieczorem jak będziemy mieć wolne! Pa!
- Czekam, pa!
Rozłączam się i osuwam po ścianie czując jak oczy zachodzą mi łzami.
Moja siostra patrzy na mnie nic nie rozumiejąc, a uśmiech jaki przed chwilą zagościł na jej twarzy stopniowo zaczyna znikać.
- Diana...?
- Chyba nie sądziłaś, że powiem mu przez telefon?
- Ale co powiesz?
Podnoszę głowę i patrzę na nią moimi mokrymi od łez oczami.
- Że mam białaczkę.




Tadam, bum!
Będzie smutno, będzie źle, będzie wyciskanie łez.
A wy będziecie?
Z.